Zamknij Używamy plików cookies!

Tak, zgadzam się

Ciąża nie ciąża

Ciąża nie ciąża

Historie walki o rodzinę często bywają bolesne i trudne. To, jak Karolina i Marek znosili trudy walki o rodzicielstwo, dają nam wszystkim siłę.


Nasze starania o dziecko trwały ponad 5 lat, z czego 3,5 w klinice leczenia niepłodności. Wstępna diagnoza, jaką usłyszeliśmy to przeciwciała przeciwplemnikowe w śluzie. Z tego tez względu zaproponowano nam zabieg inseminacji.

Pamiętam dzień odbioru wyniku testu b-hcg. Te spocone dłonie i serce, które w momencie spojrzenia na wynik jakby stanęło na całe sekundy. Już na zawsze zapamiętam to uczucie, które będzie mi towarzyszyć jeszcze wielokrotnie, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.

Wynik jednoznacznie oznaczał porażkę. Za dwa tygodnie wystąpiło lekkie plamienie, miesiączki brak. Pomyślałam, że powtórzę badanie. Od tego czasu moje życie zmieniło się już na zawsze. Wynik powyżej 100. Jakież było moje zdziwienie. Patrzyłam na kartkę z wynikiem i czułam jak całe moje ciało drży ze stresu. Wiedziałam, że to nie oznacza nic dobrego, bo przecież plamię.

Po kilkukrotnym powtórzeniu „bety”, która źle przyrastała oraz coraz większym już krwawieniu i braku pęcherzyka w macicy skierowano mnie do szpitala. „Ciąża pozamaciczna” – usłyszałam w szpitalu. Cały ciąg wydarzeń, który nastąpił po tych słowach, był niczym lawina. Laparoskopia, próby pionizacji i powolny powrót do siebie. Do życia. Wtedy starałam się być silna. Tłumaczyliśmy sobie, że czasem tak się dzieje.

Razem z mężem podjęliśmy decyzję o podjęciu próby in vitro. Z wszystkich zebranych przez nas informacji wynikało, że w naszym przypadku to bezpieczne wyjście, bo zarodek podawany jest bezpośrednio do macicy, więc omijamy „nieszczęsny” jajowód. Tak tez zrobiliśmy.

Wkrótce rozpoczęłam stymulację. Stres pierwszego zastrzyku, stres o ilość pęcherzyków i oczekiwanie na zarodki. To zrozumie tylko ktoś, kto był w podobnej sytuacji. Podano mi dwa zarodki. Znów bardzo, a może nawet bardziej bałam się odebrać wynik beta hCG. Okazało się, że był pozytywny. Ponownie sprawdzanie przyrostu co 48 h. Za każdym razem stres , który towarzyszył mi coraz bardziej, bo przyrost nagle zwolnił a ja znowu zaczęłam plamić! Badanie usg, które pamiętam do dziś, a wolałabym, by zostało „wykasowane” z mojej głowy. USG, na którym widać pęcherzyk z bijącym sercem, ale nie w macicy. W jajowodzie. W tym samym co poprzednio. Dźwięk serca dziecka, o które walczyłam, a które nie może ze mną zostać. Do dziś nie wiem, jak wróciłam do domu, a do przejechania miałam około 100 km. Tego samego dnia szpital. Znowu laparoskopia. Z tym, że po tej było mi niezmiernie ciężko. Na domiar złego wszystko działo się przed Świętami Bożego Narodzenia, co mnie jeszcze bardziej dobijało. Starałam się jak mogłam, by być silną, bo nie chciałam być ciężarem dla moich bliskich.

Skupiłam się na zadaniu, na tym żeby mieć dziecko. Wtedy zaczęłam biegać. To tez mi bardzo pomogło. Mogłam całą frustrację wybiegać. Wyczyścić głowę z natrętnych myśli, zmęczyć się fizycznie, by nie mieć siły na zmęczenie psychiczne.

Po pół roku criotransfer, który okazał się porażką. Później, gdzieś na tej naszej drodze, miałam jeszcze wykonany zabieg inseminacji, z którego dorobiłam się pustego jaja płodowego. Znowu szpital. Znowu zabieg. Znowu in vitro. Tym razem ciąża biochemiczna. Masa badań, które wychodziły poprawnie i jeszcze więcej pytań „dlaczego?” i „kiedy to się skończy?”.

Ostatnie in vitro nie było łatwe. Byłam przestymulowana. Bardzo ciężko mi się oddychało, spałam na siedząco i ledwie mogłam się ruszać. Transfer był niemożliwy. Po dwóch miesiącach wróciliśmy po dwa zarodki. Wychodząc z kliniki powiedziałam do personelu - „ No to widzimy się we wrześniu”. Myśląc o kolejnej próbie. Byłam gotowa na kolejną porażkę. Ale wiedziałam, że bez względu na to, jak będzie ciężka, nie poddam się. Będę walczyć o dziecko. Wiedziałam, że chcę być mamą. Wiedziałam, że znów podejmiemy walkę.

Na nasze szczęście, nie musiałam. Nie musieliśmy. Są z nami! W końcu jesteśmy rodzicami.

Choć w 11 tygodniu ciąży trafiłam do szpitala z podejrzeniem odklejenia się łożyska, a potem przez całą ciążę bałam się o jutro.

Przez cały czas trwania ciąży starałam się ukrywać przed wszystkimi. Chyba nie zniosłabym pytań o to, co się stało, w razie jej utraty. Wolałam żeby nikt nie wiedział. Dotrwałam do 37 tygodnia, z czego jestem mega dumna. Bo ciąża bliźniacza jest dużo trudniejsza.

Dziś jestem spełnioną mamą, która zaczyna znowu powoli biegać. Postawiłam przed sobą cel - przebiegnę maraton. Póki co daleko mi to tego, ale wiem że dam radę, jeśli tylko będę chciała. Bo przecież swój największy maraton mam już za sobą.

Komentarze (0)